środa, 28 listopada 2012

Żyjemy.

Żyjemy. Nadrabiamy zaległości wagarując w przedszkolu. Doceniam chwile, że One są dwie, że mają siebie na wzajem. Kiedy ja nie mogę dać z siebie 100% ( a ostatnio mam wrażenie, że tak jest) One są razem, wypełniają sobie nawzajem ten czas nudy. Młodsze dziecię włada już zrozumiałym polskim językiem i możemy się wszyscy dogadać.
Jemy obiady w studenckim barze mlecznym, odwiedzamy Jarmark Bożonarodzeniowy w godzinach porannych, robiąc wyjątkowo dzień słodyczowy w poniedziałek.

 Chustki : matczyna robota, Broszki i Zosiowa czapka : Piegowata Wróżka Szydełkowa
Kiedy pada i mży budujemy dom pod stołem i dużo czytamy. 
Trochę chorujemy i nie wyobrażamy sobie życia bez TEGO urządzenia. Wyciąga wszystkie wielgaśne gluty. Znacie? ( p.s to nie jest post sponsorowany :P)
 A kiedy wraca Tato budujemy klinikę weterynaryjną i leczymy zwierzęta( film1)...a ci którzy nie umieją wysiedzieć w miejscu szukają bardziej ekstremalnych wyzwań ( film 2)
Film 1
video

 Film 2 
video

Wracamy do łazienki

Prawie gotowa... wisi jeszcze żarówka na kablu ( i tak na razie zostanie), brakuje prysznica( stąd wciąż folia na wannie) i szyby w drzwiach. Docelowo ma być jeszcze parawan szklany na wannę ale teraz nic nam nie będzie jak się trochę pokąpiemy na siedząco :)
Podsumowując coś jeszcze poszło nie tak... Mamy za nisko ubikację. Normalna wysokość podwieszenia lub postawienia ubikacji to 40cm a nasza jest 5 cm niżej. Dlaczego? A dlatego, że cały podwieszany system został zamontowany jeszcze zanim podjęliśmy decyzję co będzie z podłogą. Kolejne nasze małe niedopatrzenie. I w tym momencie możemy do pozytywów zaliczyć to, że podłoga w łazience i tak jest niżej. Gdyby wyrównać ją z resztą mieszkania wc nie zmieściło by się... by to poprawić  trzeba było by kuć kafelki i płyty kartonowo- gipsowe by cały system podnieść do góry. A tego już w tym momencie nie chcemy. Pozostaje nam przyzwyczaić się, że kolana trochę wyżej są przy korzystaniu z toalety :P Szukając dobrych tego stron myślę o dzieciach. Będą miały naprawdę wygodnie.
 Naprawa podłogi odłożona na "jutro" czyli pewnie kupimy wkrótce jakiś chodniczek.  
Lista zakupów : 
Umywalka KLIK
Szafka pod umywalkę KLIK 
Wanna KLIK
Lustro na wymiar KLIK 
Lampki KLIK 
Koszyk metalowy na brudną bieliznę : wyszperany na giełdzie staroci i pomalowany na czarno.
p.s Uwielbiam tę łazienkę, wydaje się być wielkim luksusem przy tej, którą posiadamy teraz.

środa, 21 listopada 2012

Made in Wrocław

Tak, właśnie tworzę kolejny zaległy wpis... Jakiś czas temu, kiedy to pierwsze śniegi zasypywały Polskę, we Wrocławiu odbył się Dizajn Market, który to mieliśmy przyjemność odwiedzić. To co nas przygnało do Browaru Mieszczańskiego właśnie tego dnia to stoisko pracowni rysunkowej TIU TIU, której poczynania śledzimy i  bardzo lubimy od jakiegoś czasu. Nosiliśmy się z zamiarem zakupu plakatu, ale później stwierdziliśmy, że sami sobie podobny plakat zrobimy :) 
Ale ja nie o tym. Spotkałam tam koleżankę, która współtworzy wspaniały projekt : madeinwroclaw.tv . To taki internetowy kanał o wszystkich ciekawych rzeczach, które dzieją się we Wrocławiu lub są związane z ludźmi pochodzącymi właśnie z Wrocławia. Ze swoją kamerą pojawiają się oni wszędzie tam gdzie dzieje się rzecz godna uwagi. Taki lokalny patriotyzm. Zapraszam do polubienia ich na facebooku KLIK.  Jeśli chcecie być na bieżąco to naprawdę warto ich polubić, gdyż ich facebookowy profil to cenne źródło informacji o wrocławskich eventach.
A to relacja z Dizajn Marketu zrobiona przez madeinwroclaw.tv z krótkim udziałem mojego dziecka :P
źródło : http://www.youtube.com/user/madeinwroclawTV



Co raz bliżej...

Zastanawiam się ile człowiek może wytrzymać? Bez snu, bez regularnych posiłków, z ciągłą gonitwą myśli w głowie i codzienną ciężką pracą fizyczną. Gdzie jest granica? Czy kiedy twoja buzia zaczyna przypominać szary, pomarszczony worek,  gdy często ciemno ci się robi przed oczami i jest ci słabo podczas codziennych czynności ...czy to już jest skrajne wyczerpanie organizmu? Jeśli wciąż nie to brakuje mi naprawdę niewiele. 

Poziom adrenaliny jednak z każdym dniem zwiększa się i niczym narkotyk napędza nas do działania. Co raz bliżej...
Tymczasem oprócz tworzenia naszej idealnej przestrzeni do życia ( KLIK) , żyjemy normalnie. Chorujemy, myślimy o Świętach, spacerujemy, gotujemy, czytamy, bawimy się i... rysujemy dinozaury. A w sumie Zosia rysuje.


sobota, 17 listopada 2012

Kilka słów o kuchni i pewna procedura.

Przyszedł w końcu czas na kuchnię, choć jej planowanie trzeba było rozpocząć już dawno, dawno temu kiedy to podejmowaliśmy decyzję o ułożeniu rur, odpływów i gniazdek elektrycznych. Wyobrażałam sobie kuchnię moich marzeń jako kuchnię z fazowanymi białymi frontami, drewnianym pięknym blatem i uchwytami w kształcie "łódeczek". Taką troszeczkę postarzaną... Ale w dobrym momencie (dobrze, że jeszcze przed zamówieniem) męska część naszej rodziny odezwała się i powiedziała czego chce i jak On to sobie wyobraża. I mamy teraz piękny prawie kompromis. Będą białe błyszczące fronty , biały blat i białe uchwyty :)
Gorzej wyszło z finansami przeznaczonymi właśnie na kuchnię. Niby ciągle były odłożone, gdzieś tam w myślach okrągła suma, która widniała na koncie ciągle była kuchni przeznaczona. Kuchnię miał zrobić nam Jakub( tu link KLIK) , polecam go!!!!! bo to człowiek złota rączka. Potrafi zrobić wszystko. Zrobił piękny projekt, wcisnął pralkę i szafkę gospodarczą i dużą lodówkę. Wszystko było tak jak chciałam ale...okazało się, że nas po prostu na tą kuchnie nie stać. 

Zdecydowaliśmy w końcu w IKEA kupić niezbędne minimum a z czasem będziemy dorabiać na zamówienie resztę,  żeby było właśnie tak jak chcemy. W plannerze IKEA udało się zrobić prosty projekt a system ratalny z własną wpłatą własną ( gdzie przy wpłacie 25% sumy zamówienia nie trzeba przynosić żadnych dodatkowych zaświadczeń i wystarczy dowód osobisty) uratował nam życie. Oprócz kuchni dorzuciliśmy do rat jeszcze dwa narożniki, stół, materac dla nas, lampy łazienkowe, łóżko z materacem dla Hani i inne takie.

Procedura samego zamówienia kuchni i tych wszystkich rzeczy w IKEA okazała się jednak dosyć skomplikowana. Były aż trzy podejścia, kiedy to byliśmy gotowi już płacić naszą 25% -ową wpłatę własną i umawiać się na montaż. Ale...albo brakowało zlewu, albo brakowało piekarnika, potem okazało się, że tylko i wyłącznie, bez możliwości umówienia się na inny termin towar po zamówieniu przyjeżdża następnego dnia i czeka w mieszkaniu na montaż. Więc jak już byliśmy gotowi również w mieszkaniu na przyjęcie różniastych pudeł i pudełek ważących ponad tonę to w końcu pojechaliśmy do IKEA, zebraliśmy miliony różnych kwitków, karteczek ( bo trzeba było z każdego działu przynieść karteczkę z pieczątką z nazwą produktu, które chce się wliczyć w raty, od stanowiska kuchennego zrobić kilka kursów do Panów od montażu i transportu i z powrotem). Po wszystkim jeszcze Pani poinformowała nas, że produkty kupione, które znajdują się na sklepie musimy sami sobie dziś zabrać bo tych rzeczy nikt nam nie zapakuje do transportu...więc kiedy po raz dziesiąty tego dnia przechodziłam przez sklep IKEA miałam go po dziurki w nosie.
Następnego dnia czyli wczoraj Panowie przywieźli nam tysiące pudeł i kartoników i położyli w jednym pokoju( aaaaa nasza podłoga!!!) bo taka jest procedura, że nie kładą do kilku pokojów. I teraz nasz salon prezentuje się następująco :

Część tych rzeczy ukryjemy w sypialni i tam przezimują do 12 grudnia, bo to był najbliższy termin montażu kuchni. Ale do tego terminu mamy plan uwinąć się z pozostałymi pracami. 

A  na razie kuchnia będzie prezentowała się tak : 


Zamontowaliśmy również przesuwane drzwi i prezentują się całkiem, całkiem :P

A tu bałagan w łazience. I czarne drzwi jeszcze bez szyby. Dziś wieczorem mam plan zabrać się za dokładne sprzątanie. W poniedziałek będziemy mieć lustro oraz lampy i wtedy pokażę Wam jak się prezentuje.

poniedziałek, 12 listopada 2012

Twórczość Astrid Lindgren w naszym domu.

Miałam o tym napisać już dawno. I dobrze, że pewna książka zmobilizowała mnie bo ten temat jest naprawdę ważny w życiu dwóch małych dziewczynek Zacznijmy od początku. Po pierwszą książkę Astrid Lindgren sięgnęłam z Zosią bardzo wcześnie bo nie miała jeszcze skończonych dwóch lat gdy zaczęłyśmy czytać ma dobranoc przygody Emila ze Smalandii oraz Lottę z Ulicy Awanturników.
Już jakiś czas później( było to jakoś w zimie rok temu) przypadkiem do rąk wpadła mi płyta z filmem " Madika z czerwcowego wzgórza". Był to pierwszy film fabularny, który obejrzało moje starsze dziecko i to był strzał w dziesiątkę. Mimo sceny o duchach ( Zocha chowała się pod koc) film jest ciepły, uroczy z pięknymi i malowniczymi widokami. Madika, której "pomysły lęgną się w głowie szybciej, niż prosię zdąży mrugnąć" i która "nigdy nie myśli przed...dopiero po" ma głowę pełną szalonych pomysłów i wraz z siostra Lisą biegają boso po trawie i chodzą po dachach w cudownych falbaniastych sukienkach. Z tego filmu bije taki spokój i można się przy nim naprawdę zrelaksować. Film dla małych i dużych. A ile zabaw było potem w Madikę. Oj nie zliczę. Żeby nie było po filmie od razu przeczytałyśmy książkę ( chociaż wiem, że kolejność powinna być odwrotna) ale dziecko i tak miało wielką w tym przyjemność kiedy przypominała sobie podczas czytania scenę z filmu.
 kadr z filmu " Madika z Czerwcowego Wzgórza" 
Gdy już przeczytałyśmy "Madikę z Czerwcowego Wzgórza" oraz  dalsze przygody Lotty czyli " Dzieci z ulicy Awanturników"  pomyślałam, że chyba przyszedł czas na " Dzieci z Bullerbyn". Chodzi mi tutaj o pełne wydanie bo ilustrowane wersje wydane przez Zakamarki miałyśmy okazje czytać już wcześniej ( dzięki ci nasza kochana biblioteko, że śledzisz nowości wydawnicze). Następnie pojawiły się filmy o dzieciach z Bullerbyn. Przyznaję się, że nie wytrzymałam z filmem do końca książki a moje dziecko po obejrzeniu pierwszej części filmu zbuntowało się i stwierdziło, że już wszystkie przygody zna i chce inną książkę czytać. Na szczęście jeszcze nie raz po książkę o Bullerbyn sięgnęłyśmy. O książce pisać chyba nie muszę nic bo wiele z Was, podobnie jak ja kochają tą książkę i pamięta ją ze swojego dzieciństwa. Kilka słów jednak o filmach. Są rewelacyjne. W łatwy, przyswajalny sposób pokazują samodzielność i beztroskę dzieci, sielskie dzieciństwo i moc zabawy. Wprowadzają również element pracy i obowiązków w życiu dzieci ( dzieci przecież pomagają przy zbiorach i innych pracach w gospodarstwie) . I znów te widoki. Przyroda i jej rola w życiu człowieka. Uczą szacunku do zwierząt. Wg mnie taki film jest lepszy od każdej kreskówki. I wcale nie jest tylko dla starszych dzieci, wystarczy usiąść razem z dzieckiem i rozmawiać o tym co się dzieje na ekranie.  Druga część dziecięcych perypetii opowiada głównie o Świętach i jest równie cudowna jak pierwsza. Szczerze polecam Wam te filmy, są świetnym dopełnieniem książki i wywołują prawdziwe emocje w dzieciach ( przynajmniej moich bo i Hani już zdarzyło się posiedzieć jakieś 10-15 min przy filmie, dłużej po prostu nie usiedzi :P)
Przyszedł czas na Pippi i tu już pojawia się totalna fascynacja Starszej Siostry tą rozbrykaną bohaterką. Film "Pippi wśród piratów" leżał u nas w szufladzie długo. Kilka razy proponowałam Zośce byśmy go razem obejrzały ale odmawiała mówiąc, że nie lubi piratów. Sięgnęłyśmy po książkę "Pippi pończoszanka" i Starsza Siostra co wieczór słuchała jak zaczarowana. Chyba nie spodziewała się takich absurdów i aż tak bardzo szalonych przygód jakie przeżywa Pippi oraz jej towarzysze Tommy i Annika. Zachwyca ją także siła rudowłosej dziewczynki. Do filmu się oczywiście natychmiast przekonała i z prawdziwą przyjemnością wskakuje teraz na stolik śpiewając : " Hej to ja Pippi Lansztrumk ( Zosiowa wersja ) hura hej, hura hop, hura hop sasa, hej to ja Pippi Lansztrumk tak to naprawdę ja".
 A jeśli chodzi o muzykę to dopełnieniem naszej fascynacji przygodami szwedzkich dzieci jest płyta z muzyką z filmów oraz teatralnych adaptacji książek Astrid Lindgren. To nasza ulubiona płyta, słuchana wszędzie, w każdej drodze i o każdej porze. Piosenki śpiewają dzieci a również  Ewa Bem oraz Grzegorz Turnau wraz ze swoim całym zespołem. Na płycie CD znajduje się 15 mądrych, zabawnych, czasami smutnych i wzruszających mini opowieści. Do płyty dołączona jest książka z nutami i krótkim wyjaśnieniem kto i kiedy śpiewał daną piosenkę. Graficznie całość opracowała Katarzyna Rocławska – Dąbecka, nadając niepowtarzalny, choć ściśle związany z twórczością Lindgren, charakter. Piosenki są przepiękne, bardzo melodyjne a słuchanie ich to świetna zabawa.  My np często śpiewamy z Zosią piosenkę o Madice na dwa głosy, a przy piosence Pippi to dzieją się u nas rzeczy niestworzone. Przez pokój przechodzi huragan Zosina :) Piosenek szukajcie na chomikuj.pl chociaż polecam kupić wydanie z książką. Kosztuje w Empiku 19,99zł.

Czemu właśnie teraz o tym wszystkim piszę? A dlatego, że wpadła nam w ręce książka Christiny Björk, o przygodach o Astrid, zanim jeszcze nie została Astrid Lindgren wydana przez Zakamarki. Ta książka to wszystkie te książki o których napisałam wyżej zebrane razem, a nawet jeszcze więcej. Ta książka opowiada prawdziwe historie z życia Astrid kiedy była jeszcze dzieckiem i wraz ze swoim rodzeństwem przeżywała wspaniałe przygody. Każda jej prawdziwa przygoda znajduje odzwierciedlenie w którejś z jej książek. To niesamowite doznanie dowiedzieć się, że Madika była jej najlepszą przyjaciółką i istniała naprawdę, że drzewo lemoniadowe Pippi, do którego chowali się wraz z Tommy'm i Anniką wciąż stoi w Vimmerby, a żółta Willa Śmiesznotka to prawdziwy dom Astrid wybudowany przez jej Ojca kiedy to już nie mieścili się w starym. Mnóstwo zabaw i przygód dzieci z Bullerbyn to jej własne przygody, które przeżyła wraz z rodzeństwem i przyjaciółką. Książka zawiera mnóstwo starych i prawdziwych fotografii Astrid, jej rodziców, rodzeństwa i wszystkich otaczających ją osób. Ta książka nas (  mnie osobiście bardzo ) zafascynowała. Musicie koniecznie po nią sięgnąć.




 Kilkuletnia Astrid i jej przyjaciółka Madika 


A czy wy czytacie książki Astrid Lindgren? Ja po prostu nie wyobrażam sobie dzieciństwa moich dzieci bez tych książek.  A zgadnijcie kim Zosia chciałaby być w tym roku na balu przebierańców? 


niedziela, 11 listopada 2012

Stara cegła

Stara cegła miała być widoczna w miejscu gdzie wyburzyliśmy ścianę i połączyliśmy kuchnię z salonem. Podczas wyburzania została jednak tak zmasakrowana i podziurawiona, że ciężko było ją doprowadzić do ładu i wyrównać. Ceglany słupek został zabudowany karton gipsem i w wtedy przyszła mi do głowy myśl by jednak spróbować otworzyć taką cegłę. Trochę poszperałam w necie i znalałam TEGO PANA.  Pan ten ręcznie odlewa z gipsu formy cegieł i suszy w piwnicy. Odlewy są lekkie a ich cena wcale nie jest duża. Ścianę zagruntowaliśmy i przyczepialiśmy odlewy za pomocą kleju do marmuru.
Potem trwała przez kilka dni misterna praca przy wypełnianiu szpar białym cementem. Sprytnie mąż wymyślił  kupując największą strzykawkę w aptece. Nabierał cement i wyciskał w szpary, trzeba było jednak i tak mokrym palcem lub pędzelkiem wyrównywać potem każdą szparę zanim cement zdążył zaschnąć. Potem już tylko ponowne gruntowanie i malowanie na biało. I teraz mamy piękną białą "cegłę" w domu :)
Mamy też czarną ścianę w kuchni ale to stan chwilowy. Wróci biel, wróci. Ale o tym następnym razem. W między czasie jeszcze popracowaliśmy nad wykończeniem okien i parapetów .Już prawie nie widać z zewnątrz, że w mieszkaniu wciąż trwa remont. Jeszcze tylko szyby umyję i będzie pięknie. 
Tymczasem pewien temat spędza nam sen z powiek. Nie możemy pogodzić się z tym, że spieprzyliśmy ( wybaczcie za mocne słowo ale nie nasuwa mi się inne) podłogę w łazience. Jeśli cofniecie się jeden wpis wstecz zauważycie pewnie wielką plamę na środku podłogi. Ja też ją widzę ale dopiero teraz. Podłoga została wycyklinowana i niestety przy wypełnianiu szpar silikonem została poplamiona przez nas płynem do mycia naczyń. Wylał nam się w kilku miejscach. Powycieraliśmy i było ok. Plamy nie były widoczne gołym okiem.
Zabraliśmy się dzielnie za olejowanie i niestety wszystkie plamy wyszły i są strasznie widoczne, poza tym są smugi( pewnie to już nasza umiejętność a w zasadzie jej brak) a podłoga wygląda strasznie!!!! Została mocna przyciemniona a mimo to strasznie te plamy widać. Chcemy ją jakoś ratować ale opcje są dwie : podobno można zmyć olej terpentyną w miejscu plam i ponownie zaolejować, można też zamówić ponownie cyklinę i znów olejować. Ale ja już się boję, że będzie jeszcze gorzej. HELP!!! Czy ktoś ma na to jakąś dobrą radę?  Niestety nie zrobiłam zdjęć gdyż wszystkie narzędzia i graty remontowe znajdują się chwilowo w łazience. 
I jeszcze coś. Coś już bardziej weselszego. Zabieram się na dniach za ławeczkę. Sama jeszcze nie wiem jak będzie wyglądała. Na razie wygląda tak : 

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...