wtorek, 30 kwietnia 2013

Nowy mieszkaniec Zoo, pikniki i plany na maj.

Całą zimę na to czekaliśmy! Nowy pawilon we wrocławskim Zoo został zamieszkany przez nosorożce indyjskie już w październiku zeszłego roku ale my dopiero niedawno mieliśmy okazję pierwszy raz zobaczyć jego mieszkańców. I choć wrocławski ogród zoologiczny jest wciąż wielkim placem budowy ( szykuje się niesamowite Afrykarium z wielkimi akwariami i pingwinami!! Ach pingwinów nie możemy się doczekać.) było jak zwykle cudownie. Było tak ciepło i słonecznie, że większość zwierząt niczym w książce " Basia i upał w Zoo" chowało się w cieniu i ze znudzeniem wylegiwało.

Obejrzyjcie sobie wizualizację przyszłego Afrykarium. Jest trochę " słaba" ale świetnie obrazuje jak wspaniały będzie ten  budynek. Warto będzie odwiedzić Wrocław. 
video




Nie sądziłam, że tak szybko nastanie czas pikników na zielonej trawie, gołych stóp i letnich kapeluszy. Ale uwierzcie mi, że w zeszły piątek we Wrocławiu było 27 stopni. Lato!
A oto nasza domowa Wisteria Lane, dzieje się, dzieje, jak w serialu... I to już trzeci dzień  zabawy prawie bez przerwy. Każdy posiada swoją rezydencję, a wszyscy wspólnie spotykamy się na placu zabaw :P  (podstawki duplo przykleiłam taśmą dwustronną do podłogi by się nie przesuwały i miały swoje stałe miejsce na ulicy). W trakcie takich zabaw marzymy o Domostradzie i Kolejkostradzie, którymi bawi się Ewulczita.

Obiecałam pewnej osobie, że napiszę o naszych planach na majowe wolne dni, co będziemy robić w mieście na "długi weekend" i jakie miejsca chcemy odwiedzić. Wiele się będzie działo w tych dniach we Wrocławiu, zresztą nie tylko w tych dniach. Nasz majowy kalendarz wypełniony będzie po brzegi imprezami i odwiedzinami w ciekawych miejscach. Ale o tym napiszę już jutro.

wtorek, 23 kwietnia 2013

Służy nam ten czas

Dobrze służy nam ten wspólny czas...On jest przy nas i jest praktycznie na każde skinienie. Dziewczyny oszalały na jego punkcie, słyszę tylko " Tato, tatusiu, TAAATO...". I dobrze. Choć życzę mu i trzymam kciuki by ten czas już powoli się skończył. Tak dla naszego wspólnego dobra.

W weekend w powietrzu latało coś, co powaliło Straszą Siostrę i zapakowało do łóżka na całe dwa dni, a w gratisie dodało jeszcze wysoką gorączkę. Po dwóch dniach to coś znudziło się nami i stwierdziło, że leci męczyć inne dzieci. Co to było? Do teraz nie wiem. 

W naszym ulubionym parku ( mały ale ulubiony ) sezon karuzelowy uważam za otwarty.

Tymczasem stwierdzam, że czasem nie opłaca się gotować. Mamy we Wrocławiu dwa ulubione bary mleczne : "Jacek i Agatka" oraz "Miś" gdzie pełny ( pyszny naprawdę i taki domowy) obiad dla naszej czteroosobowej rodziny kosztuje ok 20zł. A jak czasem sama wpadnę tam z Hanią na naleśniki lub kluski to płacę 7-8 zł. Same wiecie ile kosztują was codzienne zakupy i ile czasu tracicie by przygotować rodzinie obiad. Ja bardzo lubię gotować ale chcę od czasu do czasu pozwolić sobie na przerwę. Porzucić gary i wyjść :)

Wyczekujemy niecierpliwie naszych sadzonek. Szczególnie naszej eksperymentalnie zasadzonej pestki z avocado ( wcześniej wysuszonej w ciemnej szafce). Czy komuś kiedyś wyrosło avocado? :)

A ja wciąż powoli ale konsekwentnie opróżniam nasze szafy z nagromadzonych rzeczy. I wciąż się dziwie, skąd pewne rzeczy się wzięły. Pozwolę sobie wkrótce umieścić baner na blogu do naszych aukcji na allegro. Mnie to bardziej zmotywuje by te aukcje wystawiać regularnie a wy może znajdziecie tam coś dla siebie.
Miłego dnia!

środa, 17 kwietnia 2013

Terapia kolorem


Zabieramy się za porządki na balkonie. Kilka doniczek z ziołami, lawendą i kwiatami zasadzone. Ale czeka nas ( rodziców) jeszcze spory  remont balkonu. Zbieramy się, zbieramy...
  
Starsza Siostra chwilowo zafiksowana na kwiaty.  Jesteśmy po prostu zasypywani kwiatami na papierze.

niedziela, 14 kwietnia 2013

Że już?

Nie mogę się nadziwić że to już? Już mamy prawdziwą wiosnę. I to taką, że wskakuję w lekkie buty i kurtkę, upychając zimową garderobę w kąt szafy. I to taką, że w trawie można znaleźć prawdziwe skarby. 
Że już moje młodsze dziecię kochane w pełni sił biega, skacze, zakłada babcine okulary przeciwsłoneczne, wygrzewa się na słońcu... nie pamiętając nawet, ze tydzień temu była daleka od  robienia czegokolwiek.
Że już prawie połowa kwietnia.

Czary mary : Czas niech się zatrzyma.

wtorek, 9 kwietnia 2013

Ku przestrodze. Szpital

Czyli opowieść o tym do czego może doprowadzić niewyleczony katar. Zaczęło się naprawdę niewinnie i dawno. Pogodziłam się i po prostu przyzwyczaiłam do widoku moich dzieci z glutem w nosie( a w zasadzie pod nosem). Codzienne inhalacje weszły w nasz stały punkt dnia i jakoś tak normalnie funkcjonowaliśmy. Gdy katar się nasilał robione, apteczne krople szły w ruch i katar znikał na jakąś tam ( dłuższą lub krótszą) chwilę. Przyznaję się zbagatelizowałam problem kataru i z zapasem chusteczek czekałam na przyjście wiosny. I dostało się nam.... 
Mamy nauczkę. Wielką. W piątek wieczorem dziewczyny zaczęły gorączkować. Odmówiły jedzenia, budziły się w nocy zlane potem. W sobotę rano Zośka wstała i w podskokach zaczęła swój dzień. Z lekkim stanem podgorączkowym leniuchowała w piżamie calutki dzionek zadowolona, że mama pod nos przynosi smakołyki. Ale Hania się nie podniosła. Spała cały dzień, budząc się tylko na syrop przeciwgorączkowy i małe łyki picia. Zgodnie z powiedzeniem : "sen najlepszy lekarz" uznałam, że tak ma być. Pozwoliłam jej spać cały dzień, potem kolejny cały dzień ale było tylko gorzej. Wysoka gorączka wciąż wracała a Hania stawała się coraz słabsza. Chcieliśmy dać jej jeszcze więcej czasu, spokojnie pojechać w poniedziałek do przychodni, do lekarza ale nie mogliśmy. Hanka nam znikała w oczach. I jak sobie kiedyś obiecałam, że zabiorę do szpitala tylko " umierające" dziecko tak słowa musiałam dotrzymać. Zabrzmi to strasznie ale nigdy jeszcze nie widziałam mojego dziecka w takim stanie. Leżała cała rozpalona, próbowała na nas patrzeć ale powieki same jej się zamykały a wzrok uciekał. Próbowaliśmy ją wybudzać ale głowa sama jej opadała i nie dało się jej posadzić. Kiedy całą niedzielę nie zmoczyła pieluchy wiedziałam, że to koniec, że się odwadnia. Miałam naprawdę czarne myśli. 
W niedzielę wieczorem wylądowałyśmy w szpitalu z diagnozą, która zupełnie mnie zaskoczyła : obustronne zapalenia ucha i zapalenie gardła. Nie wiem jak ja to mogłam przeoczyć? Nie wiem skąd to się wzięło z taką intensywnością? Po dożylnie podanym antybiotyku i czterech kroplówkach, które dosłownie przez Hankę przelatywały ( ledwo nadążałam ze zmianą pieluch w czasie kroplówki) dziecko wczoraj wieczorem zjadło swój pierwszy posiłek : kilka łyżek rosołu i kawałek suchego chleba. Dziś jest jeszcze lepiej. Był suchy chleb, kilka łyżek barszczu i pół naleśnika z serem. W końcu stanęła na nogi. 
Dziś na własne życzenie zabrałam Ją ze szpitala ( chociaż Panie pielęgniarki patrzyły na mnie dziwnie i  sugerowały jeszcze jeden dzień w szpitalu). Niestety moje decyzja była konieczna : mąż jutro wyjeżdża a Zosia też wciąż z katarem walczy i w domu siedzi. Cieszę się, że musiałam to zrobić bo szpital jest okropnym miejscem, niczym zombie, budziłam się po kilka razy w nocy na każde Hankowe jękniecie, w dzień czuwałam przy łóżeczku i ze łzami w oczach patrzyłam  na wenflon wkuty w tą małą rączkę. I jeszcze te wszystkie dzieci chore mniej lub bardziej, chwilowo lub na zawsze, wywołujące we mnie uczucie współczucia i totalnej bezradności. 
Czekają nas teraz trudne dni w trójkę. Z antybiotykiem ( odpukać na razie jednym) w tle, urozmaicone wyzwaniami kulinarnymi lekkostrawnych potraw. Hanka wciąż przyklejona do rąk, ciągle osłabiona i jęcząca... i jeszcze Zosia ze znudzeniem spoglądająca na zabawki i książki. W tym wszystkim ja strasznie zmęczona jednak uśmiechnięta i zadowolona, że jestem w domu.
Zdrowia nam życzcie, zdrowia!!! Nic więcej nie chcemy.

wtorek, 2 kwietnia 2013

Z miłości do... W temacie książek dla dzieci.

Dziś obchodzony jest Międzynarodowy Dzień Książki dla Dzieci więc będzie o książkach. Oprócz Mizielińskich, których książki to dla nas mistrzostwo świata jest jeszcze ktoś kogo darzymy równie wielką sympatią i mamy słabość do jego książek. To Przemysław Wechterowicz, którego uwielbiamy za Śnieżka i Węgielka i ich wielkie rozmiary , za naszą ukochaną Jetkę, którą ze smutkiem żegnamy na końcu książki, za Adasia co się z Tygrysem zaprzyjaźnia, za Misie przytulalskie i wiele, wiele innych książek. I jeszcze za to, że książka Przemka Wechterowicza " W pogoni za życiem" zapoznała nas z  ilustracjami Emilii Dziubak, od których zawsze nie możemy oderwać wzroku. Są wciągające, głębokie i po prostu urocze. Ilustracje Emilii Dziubak mają taki charakterystyczny styl i klimat, że moje dziewczyny z łatwością je rozpoznają. Biorąc książkę do ręki komentują :" Oooo Pani Emilia rysowała!!!". 

Poczynania Przemka Wechterowicza można śledzić na jego blogu 13 surykatek (KLIK)  są tam informacje o wszystkich książkach autora- tych już wydanych, i tych, które chciałby wydać. Polecam również zaglądać na bloga Emilii Dziubak (KLIK) ,Pani Emilia umieszcza na nim mnóstwo swoich wspaniałych ilustracji, które są publikowane nie tylko w książkach.
Nam już się marzą kolejne nowości autorstwa Przemka Wechterowicza ( przed nami jeszcze " Śnieżek i Węgielek. Podróż w głąb oceanu" ) oraz z ilustracjami Emilii Dziubak ( ukazała się właśnie nowa książka z serii Czytam Sobie wydana przez Egmont pt : " Walizka pana Hanumana" )
A pamiętacie historie o rodzinie Pożyczalskich, którzy żyją pod podłogą starego domu, są niczym małe skrzaty  i starają się być niezauważeni przez normalnych ludzi? Ja pamiętam, że to była kiedyś moja ulubiona bajka animowana.  Wydawnictwo Dwie Siostry właśnie wydało " Kłopoty rodu Pożyczalskich" tłumaczenia Marii Wisłowskiej z przepięknymi ilustracjami Emilii Dziubak i choć jest to książka dla dzieci starszych czuję, że sięgniemy po nią niebawem. Ilustracje można podejrzeć na blogu Emilii Dziubak (KLIK).
źródło : http://emiliaszewczyk.blogspot.com/


LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...