A więc jak jest? Jest już dobrze chociaż następnego dnia wyglądało to jeszcze gorzej niż po samym oparzeniu. Wielkie, odstające bąble na całej dłoni zmusiły nas jednak do wizyty w szpitalu, która to ściągnęła nas na ziemię i przestaliśmy być rodzicami " na luzie". Pani doktor na izbie przyjęć nie pozostawiła na nas suchej nitki i dostało nam się nieźle za brak natychmiastowej reakcji. Czułam się jak dziecko na dywaniku u dyrektora, w dodatku ten wzrok Pani doktor, która od razu nas zaszuflatkowała jako młodych, nieodpowiedzialnych i mających wszystko gdzieś rodziców...Ech to nie była miła wizyta. Skończyło się na szczęście happy endem i teraz tylko codziennie męczymy dziecko kąpielami w szarym mydle i zmianą opatrunku. Hania pięknie się do jednoręczności przystosowała, chociaż uparcie próbuje się pozbyć swojej osobistej kukiełki po kilka razy dziennie :) Będzie dobrze!!!
p.s Dziękuje Wam za wszystkie zaciśnięte kciuki i słowa otuchy. Cudownie, że jesteście ze mną w takich chwilach.
A teraz apel do wszystkich rodziców: jeśli kiedykolwiek wasze dziecko poparzy się wylewając coś na siebie lub dotykając rozgrzanego przedmiotu pierwsze co należy zrobić do schłodzić miejsce co najmniej 10 min zimną wodą - te 10 min sprawi, że schłodzimy tę warstwę poparzenia, która znajduje się pod skórą. I to jest najważniejsze!! Następnie należy natychmiast udać się do szpitala, "nawet ze śpiącym dzieckiem pod pachą" i pozwolić działać fachowcom. Nie natłuszczamy powierzchni, nie psikamy pantenolem ( podobno nadaje się tylko na poparzenia słoneczne, nie głębiej), nie wkładamy zmrożonych przedmiotów ( zbyt duża różnica temperatur i można uszkodzić skórę). Jeśli dziecko jest grubo ubrane i wyleje na siebie wrzątek zostawiamy dziecko w ostatniej warstwie przylegającej do skóry i tak schładzamy. Nie wolno ściągać ostatniej warstwy ubrania dlatego, że może być przywarta do poparzonego naskórka, który wyrwiemy ściągając np podkoszulek.
I oby nigdy do takich sytuacji nie doszło...
